facebook

Świętokrzyski Raj dla nieprzemakalnych

Świętokrzyski raj dla nieprzemakalnych 
czyli relacja z pięciu dni pod czarnymi chmurami
 
Pochwalę się. Bo okazało się, że nic nie przeszkadza nam w zwiedzaniu. Nawet siąpiący, mżący, lejący czy zacinający deszcz. Nawet prawdziwa ulewa (no, ta ostatnia jednak trochę ogranicza).
 
Bo przecież nie może lać wiecznie – choć na chwilę musi przestać. Tak przynajmniej łudziliśmy się, przygotowując na planowane pięć dni świętokrzyskich wędrówek, świadomi prognoz pogody – niestety, takich samych na wszystkich możliwych stronach, portalach i w telewizyjnych dziennikach. Tak samo kiepskich. Skoro jednak coś  zostało zaplanowane – czas ruszać...
 
Po pierwsze – Raj. Całkiem serio – to był prawdziwy raj i skarb zarazem –  mogliśmy nie moknąć i śmiać się z pogody!
 
Wystarczyło przemierzyć kilkudziesięciometrowy odcinek łączący parking z jaskinią (a to można czynić pod parasolem), by zanurzyć się w głąb całkiem przytulnej zjawiskowej krasowej kryjówki. Tam nie padało!
 
Plusem Jaskini Raj jest fakt, że nie jest wielka i dzieci nie zmęczą się ani nie znudzą w tej speleologicznej atmosferze. Opowieść o stalaktytach, stalagmitach i stalagnatach we własnym dzieciństwie poznałam właśnie tutaj i zapamiętałam na wiele lat.
 
Okazuje się, że nasza najstarsza latorośl - szóstoklasistka jest już super zorientowana w krasowych cudeńkach i nie tylko potrafi owe „stala” rozróżnić, ale wymienia też inne skalne twory, jednym okiem zerkając, czy nie zaatakuje jej przypadkiem jakiś nietoperz. Na szczęście nie odważył się, za to widzimy całkiem pokaźne pająki... Może czas już wyjść?
 
 
Przy parkingu wabi Centrum Neandertalczyka. Duży namiot a w nim mamut, nasi małpi przodkowie, czaszki... I sporo wiadomości -  ze słuchawkami na uszach (co zawsze jest atrakcją i niezwykle pomaga dzieciom w zwiedzaniu) przemierzamy kolejne pomieszczenia.
 
 
Głód ma swoje prawa, a nie potrafimy polować tak, jak ludzie pierwotni. Kilka minut autem i już jestesmy na rynku w Chęcinach – w całkiem  przyjemnej naleśnikarni „Latarenka” ładujemy nasze energetyczne akumulatory i  najedzeni wyprawiamy się do zamku.
 
Z parkingu (jeśli ktoś potrafi zapanować nad wabiącymi budkami z pamiątkami, a raczej pokusami własnych dzieci) można dotrzeć na zamkowe wzgórze w kilkanaście minut – droga to prosta. Do wyboru nawet dwie – jedna łagodniejsza, a dłuższa, druga nieco (bardzo nieco) bardziej stroma, a krótsza.
 
Na zamku można wspiąć się  na wieżę, można przymierzyć strój rycerski. Ponoć można też, przy szczególnej widoczności, zobaczyc Tatry. Nam jednak ledwo udaje się zobaczyć miasteczko w dole – tym razem pada całkiem pokaźnie. Szkoda, bo zamek w Chęcinach jest  naprawdę interesujący, ale na dziś koniec.
 
Udajemy się do Kielc, gdzie śpimy. Dwa grzyby w barszcz czyli Jaskinia Raj z dodatkami i Chęciny – wystarczą.
 
 
Po drugie – Krzyż (a nawet dwa). Pierwszy z toporem a drugi święty, z klasztorem i gołoborzem, na które nawet jednym okiem nie udało nam się popatrzeć. Ale po kolei.
 
Drugiego dnia pogoda wydaje się być nieco bardziej przychylna. Dżdży, a to dużo lepiej brzmi niż pada. Okazały zamek – Krzyżtopór w miejscowości Ujazd, chociaż w ruinie (a szkoda, plasował się jako drugi po Wersalu, oczywiście w czasach świetności) – zachęca do wejścia.
 
Tyle tu zakamarków! Tyle okien (było ich 365 – ile dni w roku),  tyle pomieszczeń (ile tygodni czyli 52), 4 wieże (jak 4 pory roku).
 
Zamek spodoba się każdemu. Musimy kończyć, choć chętnie pobuszowalibyśmy dalej... Może znaleźlibyśmy jakiś skarb? 
 
 
Czas ze średniowiecza cofnąć się do epoki neolitycznej – tym razem na poszukiwanie naturalnego skarbu - krzemienia pasiastego. Tym wabią Krzemionki Opatowskie, niedaleko od Ostrowca Świętokrzyskiego.
 
Przejeżdżamy przez Opatów – znana Brama Opatowska widziana przez okno pojazdu przypomina nam, że i tu warto  wstąpić, dołożyć do tego podziemia i Lament Opatowski. Ale to innym razem. Do Bałtowa (Bałtowski Kompleks Turystyczny)  też nie damy rady, bo w nim jednak deszcz trochę by przeszkadzał. Zresztą – tam potrzeba dużo więcej czasu. 
 
Zatem Krzemionki. Zanurzamy się ponownie w głąb ziemi – super,  krzemień pasiasty można dotknąć! Dowiadujemy się, jak wyglądało wydobycie go w epoce neolitycznej – niewdzięczne zajęcie, w pozycji zgarbionej – ogromnie ciężka praca.
 
Idziemy kawałek przez las, zaglądamy do wioski neolitycznej, w której przy stołach marznie jakaś klasa szkolna, lepiąc z gliny naczynia...
 
Innym razem zazdrościlibyśmy dzieciakom. Teraz – marzymy o powrocie do auta, ale też rozglądamy się dookoła. Ile grzybów! Wobec powyższego marzenia i niechęci do rezygnowania z obiadu – jedziemy dalej - karczma w Hucie Szklanej serwuje nam pyszny posiłek.
 
I tu zaczyna się nasz  dylemat – nie tylko dżdży, ale już pada. A jeśli zacznie lać?
 
Zapada decyzja – najpierw  do Osady Średniowiecznej, tuż obok, a potem się zobaczy. W końcu w chatach, nawet średniowiecznych, można się schować.
 
Decyzja słuszna. Próbujemy tam też podpłomyk i herbatę z koniczyną. Dzieci twierdzą, że bez koniczyny lepsza.
 
W chatach spotykamy zielarkę, tkaczkę, stolarza, średniowieczną „panią od butów” – przewodnicy w strojach z epoki opowiadają o  pracy wymienionych przed chwilą zawodów. Gdyby nie padało, zostalibyśmy dłużej, ale robi się naprawdę zimno... 
 
I znów gryzący dylemat – być u stóp Św. Krzyża i nie odwiedzić wzgórza?
 
„Ciuchcie”, które mogą wciągnąć opornych piechurów na górę, dziś nie kursują, co nie dziwi wcale. Chyba oprócz nas nikt nie wystawia głowy pod groźne chmury. Nogi może i poniosłyby w kaloszach ku szczytowi, ale leje już tak mocno, że żadna ochrona, żadne okrycie czy parasolka nie wystarczają.
 
Mamy jednak szczęście -  uprzywilejowanym transportem autobusowym udaje nam się dostać na górę – pędem do klasztoru – relikwie Krzyża Św, krypta Jeremiego Wiśniowieckiego i zjeżdżamy.
 
Cóż, tyle się dało, musimy liczyć się z ograniczeniami. Już wiemy, że na  Św. Krzyż, gdzie nie zajrzeliśmy nawet do Muzeum Przyrodniczego Świętokrzyskiego Parku Narodowego ani nie dotarliśmy do gołoborzy - jeszcze wrócimy.
 
 
Po trzecie – Wielcy. Henryk Sienkiewicz i Leonardo da Vinci.
 
Trzeci dzień naszej wędrówki inauguruje Oblęgorek – posiadłość, którą dostał nasz znany pisarz od polskiego narodu w 25-lecie swej działalności literackiej. No, niczego sobie...
 
Pięknie położony pałacyk skrywa w sobie szczegóły z czasów Sienkiewicza, uwypukla  życiorys pisarza, dzięki snutej ciekawie opowieści przewodniczki wprowadza nas w dobry nastrój i pozwala zapamiętać wiele wiadomości. Na przykład to, że ukochany pies miał na imię Wykop, a sam pisarz był człowiekiem niezwykłej skromności.
 
Informacja o Wykopie zapada zwłaszcza w pamięć naszym ośmiotetnim bliźniakom – wielbicielom zwierząt.
 
Od parkingu do posiadłości to około kilometr – sielski spacer po świętokrzyskiej wiosce. Trzeba jechać dalej, przyznam, że program mamy intensywny...
 
 
Cofamy się o kilka wieków – tu mistrz Leonardo wprowadza nas w świat tajników nauki.
 
W Centrum Nauki Leonardo da Vinci głośno jak w ulu – szkolne wycieczki  prowadzą eksperymenty, uczestniczą w warsztatach.
 
Centrum nie jest wielkie, ale i my nie mamy zbyt wiele czasu (zwiedzanie przewidywane jest na około 2 godziny, ale można zostać do oporu). Udaje nam się jednak poznać działanie ludzkiego organizmu, wypróbować  drogę, jaką  ma do pokonania osoba na wózku inwalidzkim, sprawdzamy możliwości działania naszego umysłu...
 
Zagłębieni w doświadczanie – nie słyszymy już nawet hałasu produkowanego przez tłumy młodych naukowców.
 
Stąd już rzut beretem do Tokarni, gdzie zaprasza nas pod strzechy Muzeum Wsi Kieleckiej.
 
Najpierw jednak obiad w karczmie – świętokrzyska zalewajka i półmisek pierogów. No, mamy siły, by wyruszać do świętokrzyskiej zagrody, młyna czy dworku.
 
Choć pada – już nie robi to na nas wrażenia. Dzięki kaloszom dzieci mogą  wejść w każdą kałużę, co stanowi dodatkową atrakcję. Oglądamy starą aptekę, mieszkanie wiejskiego doktora, zaglądamy na plebanię, do fotografa...
 
Zmęczeni, ale zadowoleni wracamy do Kielc – centralne położenie naszego mieszkalnego lokum pozwala na wycieczki we wszystkie strony świętokrzyskiej ziemi. Fajnie to wymysliliśmy!
 
Dobrze też, że wiedzieliśmy o funkcjonowaniu bardzo domowego, kameralnego, przytulnego ośrodka. To naprawdę dobre rozwiązenie dla zatrzymujących się w Kielcach i potrzebujących ciepłej swojskiej atmosfery.
 
 
Po czwarte – Chmury. Na dodatek czarne.
 
Tym razem nie chodzi o towarzyszącą nam niezmiennie deszczową pogodę. To tu, w Rytwianach, kręcono kilka odcinków tego, co prawda nieznanego naszym dzieciom (nadrobimy!), ale nam i owszem – filmu.
 
Mąż, wprowadzając w klimat, uczy nas pieśni z filmu - „nie mogę tańczyć, nie mogę śpiewać a lutnia w rękę mnie pali...”.
 
Urocze miejsce. Można tu udać się na rekolekcje, na modlitwę, można zwiedzić i oddać się ciszy, zajrzeć w zakamarki pokamedulskich włości, do ogrodów, zwiedzić Galerię Kamedulską z pamiątkami i obejrzeć niewielkie muzeum serialu „Czarne Chmury”.
 
Pustelnia Złotego Lasu w Rytwianach – piękna nazwa i piękne miejsce. „Tu odnajdziesz święty spokój” - święta prawda.
 
 
Stąd ruszamy spokojni i rozśpiewani, kontynuując czarnochmurne „ ... nie mogę nucić słów mej piosenki królu, gdy lud twój się żali” do Kurozwęk.
 
Bizony, które ogląda się z bliska, udając w podróż ciągnikiem z przyczepą na ich pastwisko to nie lada frajda. Jedyne miejsce w Polsce, gdzie można spotkac się oko w oko z tymi wielkimi zwierzętami.
 
Po safari jeszcze podziemia zamku i sama posiadłość – odzyskana i odrestaurowana przez rodzinę Popielów. O tym, że czas mija, przypomina mi fakt, że jeszcze pamiętam tę malowniczą szlachecką siedzibę - pałacyk w całkowitej ruinie.
 
Kurozwęki spodobają się  dzieciom na pewno – jest tam też mini zoo, ze strusiem, kozami, lamami i innymi stworzeniami, jest plac zabaw... Można zjeść dania z bizona, ale i na przykład pizzę. My kończymy wizytę kiełbaskami z grilla z  bigosem. 
 
  
 
Chciałoby się zobaczyć wiele, ale i kolejny dzień zmierza ku końcowi.
 
W tej okolicy to jeszcze nie wszystko, można zajrzeć do synagogi w Chmielniku – podobno ciekawej, dzięki swym multimedialnym możliwościom.
 
Zapomnialam dodać, że przestaje padać i nawet słońce na chwilę łechce nas mile po oczach. Może jutro będzie już całkiem dobrze?
 
Po piąte i tym razem ostatnie – Stolica regionu.
 
Zostawiamy ją sobie na koniec, na piąty dzień.
 
Na Kielce patrzymy z góry – wdrapujemy się na wzgórze Karczówka (wejście nań to pestka) z rozległym widokiem na blokowiskową część Kielc. Za to z klasztorem, kościołem, lasem wkoło. 
 
Stamtąd przeprawiamy się na Kadzielnię (z racji ograniczonej ilości czasu jedziemy, ale możliwy jest też trochę ponad półgodzinny spacer, po drodze rozpościera się nowy Ogród Botaniczny).
 
Myśląc o Kadzielni - pamiętamy jeszcze festiwale piosenki harcerskiej (znów nieubłagalny czas przypomina nam o naszej rodzicielskiej dojrzałości), z których słynął w naszych, dawnych już latach, amfiteatr. W uszach dźwięczą piosenki Wołosatek. Obecnie płynie z głośników coś na kształt muzyki popularnej, chyba przygotowania do jakiegoś koncertu...
 
No, ale my przyjechaliśmy, by pospacerować po geologicznej perełce – rezerwacie i aby zwiedzić jaskinie. Od 4 lat pojawiła się możliwość odwiedzenia w kaskach, fachowo, podziemnej trasy - korytarzyki wąziutkie, wywołują wrażenie przeciskania się przez skały. Nasza Jedenastolatka znów rozgląda się za nietoperzami, wcale nie marząc o spotkaniu z nimi. Półgodzinna geologiczno – speleologiczna wyprawa przypada nam do gustu. 
 
No i samo miasto – Pałac Biskupów (w środku Muzeum Narodowe), katedra, ulica Sienkiewicza – główny deptak.
 
Tym razem, parkami, kilkanaście minut idziemy spacerkiem z Kadzielni do centrum. Pogoda dziś piękna to znaczy niebo zachmurzone, ale ani nie pada, ani nie dżdży.
 
Niestety, na Muzeum Zabawek i Muzeum Stefana Żeromskiego nie starcza nam czasu. Na Centrum Geoedukacji z Kapsułą Czasu 5 D i Galerią Ziemi  – nie ma już miejsc.
 
Nic to – przecież nie ostatni raz jesteśmy tutaj. Bo nie widzieliśmy żadnej Czarownicy, nie wspięliśmy się na Łysicę, nie odwiedziliśmy Bartka (dębu). Nie zdążyliśmy wybrać się na szlak cysterski – ani do Jędrzejowa, gdzie dodatkowo można obejrzeć zegarmistrzowskie cudeńka (w Muzeum Zegarów im. Przypkowskich), ani do Wąchocka, gdzie słynny sołtys pewnie opowiedziałby nam niejeden kawał. Nie kupiliśmy filiżanki porcelanowej w Ćmielowie, nie mówiąc już o podróży do Sandomierza, tak upodobanego przez Ojca Mateusza i jego fanów. 
 
Mnóstwo jeszcze miejsc na tej  świętokrzyskiej ziemi. Może nastepnym razem pogoda będzie łaskawsza?
 
Aaaa, zapomniałabym! Jeszcze musimy odnaleźć Genowefę Pigwę – urodziwą jak sama czarownica - to pewnie od codziennych maseczek z „Kieleckiego majonezu”...
 
 
Nas pięcioro czyli Anna Kossowska – Lubowicka z mężem i dziećmi: Zosią, Łucją i Wiktorem
 
Anna Kossowska - Lubowicka
 
autorka zdjęć i tekstu przysłanego na konkurs
"Polska z Dziećmi 2017"
(Wszelkie prawa zastrzeżone) 
 
Jeśli jesteś zainteresowany naszymi konkursami,
zapisz się na nasz NEWSLETTER (znajdziesz go na stronie głównej portalu)

Promowane miejsca przyjazne dzieciom:

KARINA
Wisła - śląskie
Beskid Śląski
VILLA ŹRÓDŁO - Laureat akcji HOTEL PRZYJAZNY RODZINIE
Tylicz k. Krynicy Zdrój - małopolskie
Beskid Sądecki
PRIMAVERA JASTRZĘBIA GÓRA - Laureat akcji HOTEL PRZYJAZNY RODZINIE
Jastrzębia Góra - pomorskie
Wybrzeże Bałtyku

Ostatnio dodane miejsca przyjazne dzieciom:

DOMKI RÓŻANE
Chłapowo - pomorskie
Wybrzeże Bałtyku
DOMKI PIASTOGRÓD
Jarosławiec - zachodniopomorskie
Wybrzeże Bałtyku
Ośrodek Wczasowy NEPTUN
Wicie - zachodniopomorskie
Wybrzeże Bałtyku
APARTAMENT NA WANIÓWCE
Stróża - małopolskie
Beskid Makowski
NADMORSKI PENSJONAT FALTOM***
Swarzewo k. Władysławowa - pomorskie
Wybrzeże Bałtyku
GÓRSKA LEŚNICZÓWKA
Zubrzyca Górna - małopolskie
Beskid Żywiecki






Powrót na górę strony

wyszukaj noclegi przyjazne dzieciom

Wakacje z dziećmi :

konkurs
poleć miejsce przyjazne dzieciom

Wasze wyprawy z dziećmi

dodaj obiekt przyjazny dzieciom
oceń obiekt przyjazny dzieciom