Ceramika, pałace i skałki dolnośląskiej ziemi - Bolesławiec, Brunów, Lwówek Śląski, Płakowice i Pławna
Ceramika, pałace i skałki dolnośląskiej ziemi
Ten pałacyk upatrzyłam sobie już dawno. Jednak dla mnie, mieszkanki Mazowsza, na dodatek planującej podróżować i na krótko, i bez auta - wydawał się stać na końcu świata. Na szczęście córka podjęła wyzwanie (wszak razem raźniej) i decyzja zapadła: wsiadłyśmy do pociągu, który „dostarczył” nas do Wrocławia. Chwilę odpoczęłyśmy, przespałyśmy się i dalej w drogę!
Koleje Dolnośląskie to świetny sposób na przemieszczanie się po tamtejszych terenach - szybko, sprawnie, wygodnie. Jednak i one nie docierają wszędzie. Tam, dokąd chciałyśmy - niestety, nie do końca. Udało nam się dopiero łączonym transportem kolejowo - busowym: Kolejami Dolnośląskimi z Wrocławia do Bolesławca i dalej rejsowym busem - do Brunowa, bo to tam, zdradzę, stoi upatrzona przeze mnie zabytkowa budowla.

Brunów - pałac
Stolica ceramiki - Bolesławiec
Zanim jednak odbyłyśmy ostatni etap, jak widać, dość skomplikowanej podróży - na Rynku w Bolesławcu delektowałyśmy się zimnym przysmakiem z lokalnej lodziarni. Lody pycha, ale równie dużą przyjemnością było już samo siedzenie na zewnątrz cukierenki z widokiem na ratusz i okalające rynek kamieniczki. Byliśmy już rodzinnie kilka lat temu w Bolesławcu i miasto to darzymy sympatią. Ceramika przypomina tu o sobie na każdym kroku (bardzo lubimy ceramiczną ławeczkę na Rynku, tym razem nie zasiadałyśmy jednak na niej - była zajęta), a wizyta w Muzeum Ceramiki i Termach Bolesławiec - budzą w nas same przyjemne wspomnienia.

Bolesławiec - rynek
Szukając kolejnych atrakcji - przeczytałam o Żywym Muzeum Ceramiki w Bolesławcu - nie dałyśmy jednak rady wprząc wizyty tam w nasz i tak bogaty (a przypominam, że realizowany komunikacją publiczną, co wymaga dodatkowo elastyczności czasowej), krótki program. Marzyłyśmy o zakupieniu tego i owego w ceramicznych sklepach - na szczęście udało nam się ostatniego dnia. O tym później - obowiązuje chronologia :)
Odrestaurowana perełka - Brunów
Historia niewielkiego pałacowego kompleksu sięga XV wieku. Po licznych historycznych zawirowaniach, różnorodnych przeznaczeniach, zniszczeniach, dewastacjach i wreszcie rozbudowach i remontach - mamy od kilkunastu lat odrestaurowany hotelowy obiekt. Jeśli nie jest komuś dane przenocować, można po prostu posiedzieć: czy to w pałacowej restauracji, czy przy fontannie między pałacem, oficyną a powozownią. Wiem o czym piszę, bo siedziałyśmy z przyjemnością...

Brunów - na pałacowym dziedzińcu
Ponieważ chwaliłam się intensywnością naszych planów - pora ruszać (a nie wyłącznie kontemplować przy fontannie). Dokąd? Ano do miasteczka położonego tak blisko, że można byłoby tę trasę pokonać piechotą - do Lwówka Śląskiego. Od pałacu dzielą go jedynie trzy kilometry. Zdecydowałyśmy się jednak na opcję podróży busem - zdecydowanie szybciej (a i nogi przydadzą się na penetrowanie Lwówka i okolic).
Polska czy Szwajcaria? - Lwówek Śląski
Bus przywiózł nas na przystanek końcowy - dworzec autobusowy. Stąd miałyśmy mieć nieco ponad kilometr drogi do Lwóweckiej Szwajcarii. Ten kompleks skał widziałam już po kilkakroć w czasie naszych podróży po Dolnym Śląsku. Nigdy dotąd jednak nie przystanęliśmy u jego stóp. Tym razem postanowiłyśmy uzupełnić nasze podróżnicze braki.

Szwajcaria Lwówecka
Ruszyłyśmy z dworca trasą wyznaczoną nam przez google maps. Grzecznie kierowałyśmy się wskazówkami, aż nagle... droga się skończyła a tabliczki umieszczone na ogrodzeniach, domach czy trawnikach przypominały, że jest to teren prywatny, co oznaczało, że nie możemy iść dalej. Co było robić - wróciłyśmy do starej zasady: koniec języka za przewodnika. W jej myśl - zasięgnęłyśmy opinii mieszkanki siedzącej na balkonie w jednym z okolicznych domostw: jak uważa, którędy powinnyśmy iść? Zaufałyśmy. Pokierowała nas na azymut przez las i faktycznie - wkrótce oczom naszym ukazały się skałki. Okazało się, że „zaatakowałyśmy” zaplanowaną formację skalną od góry, podczas gdy poprawni turyści - wchodzili od dołu. Schodziłyśmy już jak Pan Bóg przykazał, czyli wyznaczonym szlakiem do parkingu.
Skupiłam się na perypetiach związanych z urozmaiconą drogą, jednak winna jestem informację o malowniczości skałek. Tak, warto zatrzymać się i nieco wspiąć, jeśli tylko zawitacie w te okolice...

Lwówek Śląski - rynek
Po skałkowej eskapadzie - zaplanowałyśmy odwiedzić historyczną część miasteczka, czyli ryneczek. Leniwy spacer, z przerwą na lwóweckie naturalne lody w klimatycznych wnętrzach nieopodal ratusza, pozwolił nam na podziwianie starych murów miejskich, bramy z basztą, wieży, fontanny, wspomnianego uroczego ratusza. Tu czuje się historię. Niestety, nieco zeszpeconą - zdewastowane budynki zostały zastępione PRLowskimi blokami, które, co tu dużo mówić, zdecydowanie odstają od historycznej zabudowy. Mam nadzieję, że dostaną kiedyś zapowiadane „opakowanie”, które przybliży je, przynajmniej z zewnątrz, do gotycko - renesansowych architektonicznych perełek (czytałam o planach takiego „liftingu”, oby!)
Nie udało nam się, niestety, poznać historii browarnictwa lwóweckiego, którą przybliżyć mogłoby Muzeum Browarnictwa. Odnalazłyśmy budynek browaru, ale okazało się, że zwiedzanie odbywa się wyłącznie w grupach zorganizowanych. Owszem, można dołączyć, jednak najbliższa grupa zapowiedziała się dopiero za dwa dni, kiedy nas miało już tu nie być... Szkoda.

Lwówek Śląski - kamieniczki
Na otarcie łez wymyśliłam kolejną wycieczkę - tym razem pieszą.
Z Brunowa, po niedługim wypoczynku...
♦ ♦ ♦ ♦ ♦
NOCLEGI POLECANE PRZEZ RODZICÓW: >>KLIKNIJ TU<<
♦ ♦ ♦ ♦ ♦
Kolejna perła - Płakowice
Niecałe cztery kilometry dzieliły nas i nasz pałac od kolejnej atrakcji - właściwie będącej częścią Lwówka, choć ze strony innej niż ta, którą odwiedziliśmy. Oglądane w internecie fotografie nie pozostawiały nam wyboru - stwierdziłyśmy, że ten zamek trzeba odwiedzić! Dowiedziałyśmy się, że trasa, choć prowadząca wzdłuż jezdni ogólnodostępnej drogi - jest bardzo bezpieczna, nie ma na niej ruchu. I rzeczywiście, minęły nas cztery auta - dwa w jedną i dwa w drugą stronę. Droga była tak malownicza! Leśno - polny krajobraz, pełen ciszy, dawał prawdziwe ukojenie.

Brunów - Płakowice - droga
Widok zabytkowej budowli okazał się być wisienką na torcie. XVI-wieczny zamek nie jest co prawda przeznaczony do zwiedzania, ale wejść można. Mieści się tam, należący do baptystów, Chrześcijański Ośrodek ELim.

Płakowice - zamkowa brama
My weszłyśmy wyłącznie na dziedziniec - nie zastałyśmy tam nikogo, kogo mogłybyśmy poprosić o pozwolenie wejścia dalej. Już sama brama i dziedziniec wystarczyły, by poczuć klimat tego miejsca i zachwycić się architektonicznymi detalami, chociażby bramą z przepięknym portalem, krużgankami z arkadami otaczającymi dziedziniec czy kamiennym mostem prowadzącym do bramy. To podobno „największa renesansowa twierdza na Śląsku” - tak przynajmniej donosi internet. A do tego - mało znana. Mam wrażenie, że podobnie jak inne atrakcje w tej okolicy. Tłumów turystów nie widziałam.

Płakowice - dziedziniec
Pławna - artystyczny przekaz dla dużych i małych
Ostatniego dnia planowałyśmy przerzucić się na rower - dowiedziałyśmy się, że od Lwówka do miejscowości Pławna prowadzi bardzo wygodna i bezpieczna ścieżka rowerowa. Pomysł wydawał się doskonały, ale, aby dostać się do Lwówka, musiałybyśmy się zdecydować na poruszanie po ruchliwej i wąskiej trasie prowadzącej do niego z Brunowa. I tak źle, i tak niedobrze
. Po gruntownych przemyśleniach - zapadła decyzja o... taksówce. Z panem kierowcą ustaliliśmy cenę, która, mnie, mieszkankę stolicy przyzwyczajonej do cen w niej panujących - wcale nie przyprawiła o ból głowy ani nie wywołała ciarek na plecach.

Pławna - Muzeum Przesiedleńców i Wypędzonych
Bardzo chciałam do Pławnej, ponieważ z poprzednich wojaży zapamiętałam ją jako miejsce niezwykłe i magiczne (Magiczna Pławna umożliwiła moim dzieciom poznanie legend w sposób niekonwencjonalny - poprzez poruszanie drewnianych figur, które mogły „występować” na tle płynących z głośników opowieści). Długo by pisać o sprawcy tego całego magicznego zamieszania - artyście Dariuszu Milińskim - ojcu nie tylko wspomnianego Zamku Śląskich Legend, Grodu Rycerskiego, Konia Trojańskiego czy Arki Noego, ale i atrakcji przeznaczonej dla trochę starszych, do której tym razem postanowiłyśmy zajrzeć - Muzeum Przesiedleńców i Wypędzonych. Dla trochę starszych, ponieważ artystyczne wnętrze opowiada o trudnym kawałku naszej historii.

Pławna - Muzeum Przesiedleńców i Wypędzonych
Prawie bez słów, jedynie zgromadzonymi historycznymi eksponatami, a najbardziej - wizją artysty, którą przekuł w odtworzone scenki rodzajowe. Myślę, że nawet dzieci nie rozumiejące historii mogą odbierać drewniane postacie - lalki z pewną ciekawością. Mogą się też ich trochę przestraszyć. Stąd ani nie zachęcam, ani nie odwodzę. Ja osobiście jestem zadowolona, a córka - po krótkiej „przebieżce” wolała zaczekać na mnie na ławce pod chałupą - muzeum.

Pławna - Muzeum Przesiedleńców i Wypędzonych
Ceramiczne cacka - ponownie w Bolesławcu
Obiecałam, że krótko napomknę o sklepach pełnych malowanej ceramiki. To ostatni punkt naszej podróży przed wkroczeniem na powrotną drogę. Być w Bolesławcu i nie zakupić ani grama ceramicznych wyrobów? To się nie godzi. Już samo oglądanie kolorowych kubków, misek, talerzy czy innych przedmiotów - to nie lada frajda. Tym bardziej, że dowiedziałyśmy się o całej ulicy słynącej z firmowych sklepików - podążałyśmy tropem ceramicznych naczyń, zachwycając się nimi jak w muzeum... Sklepik po sklepiku.

Miasto ceramiki - Bolesławiec
I tak dotarłyśmy do dworca, a z niego - cóż... Przyszedł czas na powrotną drogę pełną wrażeń - barwnych, historycznych, magicznych. Warto było: pomimo że daleko i na krótko.
Przeczytałeś artykuł w portalu Dzieciochatki.pl - Miejsca Przyjazne Dzieciom
POLECANE NOCLEGI PRZYJAZNE DZIECIOM: >>KLIKNIJ TU<<
Więcej ciekawych artykułów o podróżowaniu z dziećmi po Polsce tutaj:
WAKACJE Z DZIEĆMI
CIEKAWE MIEJSCA NA WYPRAWY Z DZIEĆMI
NIEZBĘDNIK PODRÓŻUJĄCEGO Z DZIECKIEM
WSZYSTKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
Portal DziecioChatki.pl














