Katowice i okolice – odkrywamy niezaginione miasta
Katowice i okolice – odkrywamy niezaginione miasta
Dzień I - Na tropie Beboków i Tomka
Wakacje to taki czas w roku, na który czeka wiele osób. Przede wszystkim dzieci, bo wreszcie będą mogły odpocząć od szkoły. Oraz ich rodzice, bo będą mogli odpocząć od pracy i wydać zarobione przez cały rok pieniądze na: podróże, lody, regionalne specjały oraz wstępy na place zabaw, karuzele i inne rzeczy, bez których podczas wakacji z dziećmi nie można przeżyć.
W pogodni za ekscytującymi podróżami wybrałabym się wszędzie - najlepiej odkrywać egipskie sarkofagi i przeżywać, niczym Indiana Jones, mrożące krew w żyłach przygody. Mając jednak dwoje cudownych dzieci (Zuza lat 12 i Piotrek lat 8) musiałam nieco ograniczyć swoją wyobraźnię i wybrać trochę bezpieczniejsze rejony. I tak, gdy jedni planują wyprawy nad ciepłe morza lub lodowaty (nawet latem) Bałtyk, a inni przeglądają trasy turystyczne w poszukiwaniu cudownych górskich ścieżek - ja wolę zwiedzać miasta - i niekoniecznie te zaginione. W tym roku postanowiłam spakować walizki i udać się do... Katowic.
Do Katowic prowadzi wiele dróg, my wybraliśmy tę kolejową. Poranny pociąg dowiózł nas do celu. W budynku dworca mieści się wiele sklepów i restauracji z ukochanymi przez dzieci fast foodami, więc wyjście z niego stanowiło nie lada wyzwanie. Jednak udało się.
Katowicki rynek znajduje się niedaleko dworca. Jeśli, tak jak ja, jesteście miłośnikami pięknych krakowskich kamienic, czy ulicy Długiej w Gdańsku, to będziecie dosyć rozczarowani widokiem rynku - to dosyć industrialny plac, przez który przejeżdżają tramwaje. Przebiega przez niego zabudowane koryto rzeki Rawy, a w jej pobliżu stoją palmy.

Rynek - koryto rzeki z palmami
Będąc na rynku, udaliśmy się do Centrum Informacji Turystycznej. Tam otrzymaliśmy: mapki, informacje o mieście i okolicznych zabytkach. Dowiedzieliśmy się też, że mamy szczególnie uważać na grasujące po mieście Beboki. Są to śląskie stwory, którymi straszy się dzieci, aby te były grzeczne. Od razu miałam ochotę je odszukać. Figurki Beboków rozmieszczone są w różnych miejscach Katowic. Pierwszego z nich spotkaliśmy już po wyjściu z informacji, niedaleko jednego z rozstawionych po różnych zakątkach miasta fortepianów. Piękna fortepianowa muzyka umilała nam czas, gdy jedliśmy lody w jednej z pobliskich kawiarni.

Fotografia Beboka
Później udaliśmy się w stronę Muzeum Śląskiego. Po drodze minęliśmy piękny katowicki Spodek, który mój syn zabawnie nazwał „talerzykiem”. To widowiskowa modernistyczna hala, w której odbywa się wiele koncertów i widowisk sportowych.

Katowicki Spodek
Wkrótce naszym oczom ukazał się szyb – oto byliśmy na terenie dawnej kopalni "Katowice", czyli w obecnym Muzeum Śląskim. Muzeum można zwiedzać z przewodnikiem, my jednak wybraliśmy się tam sami. Dzieciom w szczególności spodobały się obrazy z galerii polskiej sztuki nowoczesnej. Zachwycił je (oczywiście na kilka minut) zwłaszcza Wyspiański, a ja z lubością przypatrywałam się ,,Żydówce z pomarańczami". W muzeum można było też obejrzeć śląską sztukę sakralną czy spojrzeć na Śląsk poprzez jego historię. Wystawy te jednak raczej przebiegłam niż zwiedziłam, ze względu na zmęczenie moich towarzyszy.

Szyb w Muzeum Śląskim
Zmęczenie jednak u dzieci szybko mija, gdy odkryć trzeba jakąś tajemnice. I tak też się stało, gdy tylko znaleźliśmy się w budynku stolarni na wystawie ,,Na tropie Tomka". Dzieci otrzymały mapę i Dziennik podróży. Rozwiązywały zagadki, szukając Tomka z przygód opisanych w książkach Alfreda Szklarskiego. I tak wyruszyliśmy w podróż przez pięć kontynentów, odkrywając zwyczaje różnych plemion: Masajów, Indian Cubeo, Apaczów czy Aborygenów. Tomka oczywiście znaleźliśmy, ale byliśmy już tak zmęczeni, że ledwo żywi dotarliśmy do hotelu.

Piotrek rozwiązujący zagadki w poszukiwaniu Tomka
Dzień II - Z wizytą na Księżycu i u pingwinów
Następnego dnia wybraliśmy się do planetarium. Już samo dotarcie do tego miejsca to nieziemska wędrówka. Wysiedliśmy na przystanku w Chorzowie przy Parku Śląskim. Idąc pięknymi alejkami, dotarliśmy aż do Kręgu Tanecznego - ma ponad 30 metrów średnicy.

Kamienny Krąg
Wokół znajdują się kamienne schody oraz rzeźby przedstawiające ludowe tancerki. Tam zrobiliśmy przerwę na drugie śniadania. Żal było opuszczać to miejsce, ale czas gonił.
Idąc dalej, rozkoszowaliśmy się pięknem parku. Nagle z zamyślenia wyrwało mnie najbardziej znienawidzone przez wszystkich rodziców, pytanie: "Mamo, daleko jeszcze?". Uśmiechnęłam się. Ale wiedziałam, że zaraz mój synek powtórzy je niezliczoną ilość razy. Będąc już prawie na skraju depresji, spojrzałam przed siebie - wniesienie. No to mam przechlapane - pomyślałam. I wtedy moim oczom ukazały się planety. Drogę do Planetarium wskazywały małe rzeźby planet z krótkimi informacjami o nich. I tak, idąc ich tropem i zastanawiając się, na której planecie rok mija najszybciej, więc warto byłoby mieć tam urodziny (na Merkurym trwa tylko 88 dni), dotarliśmy do Planetarium.

Planetarium oraz rzeźba słońca
Udało nam się dostać na wystawę o geofizyce. Brzmiało dosyć strasznie, bałam się, że nie tylko dzieci, ale i ja umrę z nudów. Szybo okazało się jednak, jak bardzo się myliłam. I tak, zamknięto nas w małym pokoju, gdzie przeżyliśmy prawdziwe trzęsienie ziemi. Mogliśmy też znaleźć się na Księżycu, dzięki efektom green screenu.

Efekt green screenu - nasza rodzina na Księżycu
Zachwytu nie kryła też moja nastoletnia córka, wychodząc z pomieszczenia, gdzie można było na własnej skórze sprawdzić odczuwalność temperatur w różnych miejscach na ziemi. Na koniec wizyty - obowiązkowy seans w planetarium. Nie pytajcie jednak, o czym był. Gdy zgasło się światło, zasnęłam jak dziecko. Dobrze, że syn mnie obudził.
Po takich emocjach oczywiście trzeba było coś zjeść. Na szczęście lody w parku można było kupić wszędzie. Następny przystanek... zoo - na drugim końcu Parku. Jak każda sprytna matka, miałam już w głowie opracowany plan, jak się tam dostać, zanim jeszcze Piotrek zapyta "czy daleko jeszcze?". Plan był prosty - Kolejka linowa Elka - przystanek spod Planetarium miał zabrać nas niedaleko wejścia do zoo.

Gondola i kanapa kolejki
Można było podróżować kanapą lub gondolą. Jak się jednak okazało – nigdy nie może być zbyt łatwo - Piotrek odmówił wejścia na kanapę, natomiast Zuzanna odmówiła podróży w gondoli. Traciłam już resztki wiary w to, że nasza wyprawa się uda. Na szczęście Pan obsługujący kolejkę wspomniał, że siedząc na kanapie można zobaczyć zwierzątka w zoo z lotu ptaka. To przekonało moją młodszą latorośl. Chwilę później podziwialiśmy z góry barwne ptaki i pasiaste zebry, mknąc kolejką z zawrotną prędkością 2 m/s.
Uradowani, po krótkim spacerze znaleźliśmy się u bram Śląskiego Ogrodu Zoologicznego. Moje dzieci uwielbiają zoo. To Chorzowskie nie jest zbyt duże, za to zwiedza się je z wielką przyjemnością. W małpiarni podziwialiśmy nie tylko małpy, ale i papugi. A w egzotarium spotkaliśmy wiele wspaniałych zwierząt: od krokodyli aż po anakondy. Naszą miłość skradły jednak pingwiny kąpiące się w basenie.

Basen z pływającymi pingwinami
Zmęczeni tym całodziennym chodzeniem, padliśmy niczym kawki.
♦ ♦ ♦ ♦ ♦
NOCLEGI POLECANE PRZEZ RODZICÓW: >>KLIKNIJ TU<<
♦ ♦ ♦ ♦ ♦
Dzień III - "Szczęść Boże"
Następnego dnia zaplanowałam coś wspaniałego - wywiozę dzieci do kopalni! Marzenia miały się wkrótce spełnić. Z Katowic dotarliśmy autobusem do Zabrza, a konkretnie do Sztolni Luizy. Sztolnia to wydrążony korytarz służący przede wszystkim do odprowadzania wody. Przed zejściem w podziemia dostaliśmy kaski.

Sztolnia Luiza - miejsce składowania kasków
Było ciemno i wilgotno, a dzieci z zapartym tchem słuchały legend przewodnika o Skarbniku – duchu kopalni i pomocniku górników. Ukryte w korytarzach wystawy multimedialne pokazały największe zagrożenia czyhające na pracujących w kopalni - żywioły: wodę i ogień. Dowiedzieliśmy się też, po co w kopalniach trzymano kanarki. Częściowo zwiedzaliśmy wyrobiska pieszo, a ponad kilometr pokonaliśmy łodziami, płynąc pod ulicami śląskiego miasta.

Spływ łodzią
Chodź w łodzi trochę bujało i było mało światła, to trzeba przyznać, że było fantastycznie. Okazało się też, że nawet w takim surowym środowisku można spotkać żywe rośliny.

Ściana sztolni z zielonymi roślinami
Po wyjściu na powierzchnię zwiedziliśmy też strefę z maszynami parowymi.
Po zwiedzaniu, głodni następnych wrażeń udaliśmy się do kopalni Guido. Tam mieliśmy jeszcze godzinę przed kolejną atrakcją. Na szczęście na terenie kopalni znajduje się plac zbaw z olbrzymią strefą dla dzieci, gdzie mogły wytracić odrobinę energii. Wkrótce miała ich czekać kolejna niespodzianka. Nie wybraliśmy się bowiem na zwykłe zwiedzanie. Po otrzymaniu kasków z czołówkami i ubrań do prac pod ziemią - zameldowaliśmy się u sztygara, który zapoznał nas z obowiązkami górników. Po zjechaniu do najgłębszych i najciemniejszych korytarzy okazało się, że dzieci czeka dziś ciężka praca - wcielą się bowiem w role małych górników. Dzieci musiały ręcznie przeciąć drewniany klocek i wydobyć kilofem węgiel.

Kopalnia Guido - dzieci przecinające drewniany klocek
Było ciężko, ale dały radę. Gdy już mieliśmy żegnać się z naszym przewodnikiem tradycyjnym "Szczęść Boże" okazało się, że wybuchł pożar. Na szczęście przeszkolone maluchy na noszach wydobyły rannego . W nagrodę czekał na nas przejazd górniczą kolejką - Karlikiem. Cali, zdrowi i czarni od węgla powróciliśmy na słońce. To był naprawdę wyczerpujący dzień. Dzieci zasnęły jeszcze w autobusie.
Dzień IV - Katowice - inne spojrzenie na robotnicze miasto.
Ostatni dzień podróży. Czas wracać, ale nie tak prędko. Nowe Katowice zaliczone, ale trzeba jeszcze zwiedzić te dawne. Na koniec dwie stare dzielnie Katowic: Nikiszowiec i Giszowiec. To osiedla, które powstały jako miejsca do zamieszkania dla tych, którzy przybywali do Katowic w poszukiwaniu pracy. Giszowiec to osiedle zbudowane według koncepcji miasta ogrodów. Miało zapewnić mieszkańcom zaspokojenie wszystkich najważniejszych potrzeb. Mieściły się tam najważniejsze budynki: kantyna, pralnia czy sklepy. Przechodząc jego uliczkami, podziwialiśmy typową zabudowę małych domków. Oczywiście skorzystaliśmy też z cienia drzew w parku i pobawiliśmy się na placu zabaw.
Stamtąd powędrowaliśmy na Nikiszowiec. Gdy w Giszowcu zaczęło brakować miejsca, zaczęto budować to właśnie osiedle. Mimo że zaprojektowane przez tych samych architektów, jest jednak zupełnie inne. Królują tu budynki ułożone w czworoboki, a w środku nich znajdują się podwórka.

Domy z czerwonymi oknami
To, co zwraca uwagę, to urocze mozaiki na budynkach i czerwone okna. Tradycja ta związana jest z tym, że górnicy otrzymywali za darmo z kopalni czerwoną farbę. Centralnym punktem osiedla jest rynek, przy którym znajduje się kościół i sklepy. Osiedla te zupełnie nie są podobne do nowoczesnej industrialnej części miasta, dlatego zdecydowanie warto było je poznać.

Nikiszowiec - dom z mozaiką
Ten ostatni dzień naszej wyprawy kończymy ze wspaniałymi wspomnieniami. Katowice mają wiele do zaoferowania, a kilka dni to zdecydowanie za mało, aby je poznać. Pełni wrażeń wracamy do domu, gotowi na nowe podróże i odkrywanie nowych niezbadanych przez nas niezaginionych miast.
Przeczytałeś artykuł w portalu Dzieciochatki.pl - Miejsca Przyjazne Dzieciom
POLECANE NOCLEGI PRZYJAZNE DZIECIOM: >>KLIKNIJ TU<<
Więcej ciekawych artykułów o podróżowaniu z dziećmi po Polsce tutaj:
WAKACJE Z DZIEĆMI
CIEKAWE MIEJSCA NA WYPRAWY Z DZIEĆMI
NIEZBĘDNIK PODRÓŻUJĄCEGO Z DZIECKIEM
WSZYSTKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
Portal DziecioChatki.pl














